illumination comes so hard
znowu w podróży.
poprzedni tydzień dochodziłem do siebie po wyprawie do les deux alpes. aktywny wypoczynek ma to do siebie, że jest strasznie męczący. sześć dni jazdy na desce, połączonej z nauką od podstaw, trochę dało mi w kość. do dzisiaj czuję jeszcze skutki ostatniego zjazdu, zakończonego spektakularnym upadkiem na prawą pięść – cały czas boli mnie coś w okolicach prawej strony klatki piersiowej, chyba trochę obiłem sobie żebra… lewy bark też jeszcze pobolewa, po idiotycznym upadku, spowodowanym nadmierną brawurą i własną głupotą – bo złapać przednią krawędź, jadąc na tylnej, to trzeba umieć.
ale zajawka na jazdę jest maksymalna – w planach na siepień/wrzesień mam zakup kompletnego sprzętu: buty, wiązania, deska, kask, kurtka. nabyte wcześniej spdenki sprawdziły się doskonale i to w zasadzie jedyny element, którego nie będę zastępował.
miejscówka doskonała – cała mieścina podporządkowana idiotom na nartach i deskach z całego świata, doskonała infrastruktura na stoku – wyciągi w każdą stronę i w każdej konfiguracji, zazwyczaj dobrze przygotowane stoki, no i pogoda – idealna. wstajesz rano i świeci piękne słoneczko, jedziesz na stok, jeździsz 5-6 godzin w słońcu, kończysz zabawę i zjeżdżasz na sam dół wyciągiem – pyk! francuzi wyłączają słońce i włączają chmury: na dole ledwie pokropi, jeśli wogóle cokolwiek, a na górze nowy śnieżek… ideał.
dwa przedostatnie dni w sumie były słabsze pod tym względem, ale dały za to niezły efekt – rzadko się przecież zdarza pojeździć na desce w chmurach…
następny wyjazd już w planach, wstępny wybór padł ponownie na okolice grenoble, tym razem na inny lodowiec – la plange. przygotowania rozpoczną się zapewne w okolicach września/października, ale tym razem, jeśli dojdzie do wyjazdu, pierdolę – lecę samolotem. 24 godziny w autobusiku, to jednak nie na moje nerwy i siły.
a dzisiaj – w berlinie, na lotnisku tegel – kolejny airport do listy. w drodze do barcelony – tym razem tylko na 4 dni w celach może nawet edukacyjnych, a przynajmniej na to liczę – na jakiś podmuch… czegokolwiek w sumie, co mnie w jakikolwiek sposób zmobilizuje do działania. bo stagnacja i zmęczenie materiału po raz kolejny dają znać o sobie – pora na jakieś zmiany. pomijam największą zmianę, nadchodzącą wielkimi krokami – to zupełnie inny wymiar i inna skala.
podróż przez niemcy – zarówno ta do francji, jak i dzisiejsza na lotnisko – po raz kolejny daje mi do myślenia, w jak ciężkiej dupie pod względem rozwoju gospodarczego jest nasz kochany kraik. i po raz kolejny pojawia się myśl i chęć wyjazdu z niego na dłużej. te wszystkie wiatraki, te drogi, te sklepy, ta infrastruktura – inny świat. ludzie zasadniczo tacy sami, bo wszędzie są chujki i skurwiele, którzy cię wydymają i wykręcą na każdym kroku. ale jakoś inaczej, przyjemniej, mniej stresu? nie wiem, pewnie koloryzuję na swój własny użytek. ale biorąc pod uwagę moje najnowsze hobby, to myśl o przeniesieniu się ponownie na południe niemiec czy do austrii, jest wielce kusząca. godzinę-dwie podróży samochodem od fajnych gór – to mój cel.
a już niedługo, być może “nasz” cel.
przy okazji, przygotowania nadal w toku, chociaż prawie wszystko jest już gotowe: zaproszenia i zawiadomienia prawie wszystkie rozesłane, kiecki i marynarki kupione. po powrocie z barcelony pozostaje tylko zebranie listy osób, opłacenie sali, w której spożyjemy “obiad weselny”, przygotwanie menu… i to w zasadzie tyle.
jak znam życie, to i tak coś po drodze wyskoczy – zgodnie z jakimś tam prawem murphiego – nie ma siły, coś się musi spierdolić, tak już jest i koniec.
dodatek:
myślałem, że w zasadzie latanie nie ma już dla mnie tajemnic – przynajmniej w kwestii procedur dotyczących odprawy pasażerów. a tu proszę, siurpryza.
a nawet dwie.
najpierw pani przed bramką wykrywacza metalu powiedziała mi, że nie mogę wnieść nadpitej do połowy butelki powerade’a. nie wiem, czy chodziło o to, że jest do połowy pusta (albo pełna, w zależności od wyznawanej filozofii), czy o sam fakt wnoszenia napoju do strefy wolnocłowej, czy też po prostu o płyn w kolorze niebieskim – nie dowiemy się już nigdy.
a potem, na dokładkę, pan na bramce do wykrywania metali mnie oświecił, iż moja zapalniczka zippo, z którą się w zasadzie nie rozstaję, jest obiektem niebezpiecznym z punktu ponieważ jest zasilana/napełniona benzyną, która to benzyna jest substancją zabronioną na pokładzie samolotu. latałem już w swoim życiu parę razy, zaliczając niejednokrotnie przesiadki, które zawsze wiążą się z ponownym przejściem przez bramkę – NIGDY nikt mi nie zabronił wnieść tejże zapalniczki ze sobą do samolotu, nigdy nikt mi słowa nie powiedział czy okiem złym mrugnął, ani tym bardziej nie kazał opróżnić mojej zapalniczki… bo chociaż do najbardziej błyskotliwych umysłów na tej planecie raczej nie należę, to raczej bym pamiętał o tym, żeby zippo ze sobą do kabiny nie zabierać, tylko wrzucić do dużego bagażu.
wniosek? nie lubimy berlin tegel. bo teraz będę musiał kombinować z nowym wkładem do zippo, a wiadomo, że podróbka, to już nie oryginał. a ten miałem od oryginalności – czyli jakieś 10 lat może?
co ciekawe, drugą zapalniczkę – jednorazową pamiątkę z les deux alpes, nota bene – przepuszczono bez słowa.
kurwa mać? chyba tak trochę.
- dodano
- 05.09.07
4 odpowiedzi